Recenzja Winter Burrow – odbudowa norki

Są gry, które momentalnie przyciągają ładną szatą graficzną. To pierwsze, na co zwracamy uwagę, więc inwestycja w ten element to zawsze dla twórców korzyść. Potem dopiero oglądamy rozgrywkę, czytamy opis, sprawdzamy tagi. Kiedyś się jeszcze sprawdzało wymagania, ale teraz to już trochę inaczej.

Tak też to wyglądało w przypadku Winter Burrow. Dodane do listy życzeń dla obserwowania, ale zbytnio się nie zapoznawałem. Gdy wpadło do abonamentu game passa, to zainstalowałem. No i w końcu odpaliłem. Za darmo to jak nie skorzystać?

Szkoda, że domek nie ma większego znaczenia

Smutny początek

Wcielamy się w małą myszkę, która wyprowadza się z rodzicami do miasta. Nie znajdują tam jednak szczęścia i rodzice wkrótce podupadają na zdrowiu. Gdy zostajemy sami, jedyną opcją jest powrót do lasu i naszej jedynej rodziny, cioci Grzybinki. Przeprawa przez śniegi jest trudna, a gdy docieramy na miejsce, odkrywamy, że nasz domek jest mocno podniszczony. Po pierwszych naprawach, w których pomaga nam ciocia, mamy w końcu miejsce, żeby odetchnąć, więc ruszamy na eksploracje i po jedzenie. Od tego momentu gra skupia się głównie na tym aspekcie.

Głód i chłód są największymi wrogami. Sowa też

Zaimkowi mieszkańcy

W lesie poznajemy postacie niezależne, które zlecają nam zadania. Co ciekawe każda z nich stosuje zaimki ono/jenu. Wszyscy. Brzmi to dziwnie. Często jak to czytałem na głos, to brzmiało, jakby mówiły to takie stereotypowe wsioki. Niektórzy ludzie pewnie się oburzą. Urodziłem się w XX wieku, więc nie jestem przyzwyczajony do tego typu rzeczy i trochę to bawiło. Zadania to typowe przynieś coś lub pogadaj z kimś. Nie są to jakieś skomplikowane rzeczy, ale dbanie o ciepło i o żywność sprawia, że musimy sporo się nachodzić. Dodatkowo gra ma cykl dobowy, a w nocy jest zimniej. Lepiej przespać ją w domku.

Te odmiany brzmią tak bardzo wiejsko

Ulepszenia na wagę złota

W grze zbieramy bardzo dużo różnych rzeczy. Jest to główny powód do częstego wracania do domku. Ekwipunek można z czasem powiększać. Po co nam to wszytko? Możemy robić sobie mebelki do domku, jak ktoś lubi. Ich funkcje są powtarzalne, więc akurat tym się nie zajmowałem. Ważniejszy jest crafting nowych narzędzi i ubrań. Lepszy topór może ściąć większe pnącza, a tym samym odblokować nowe ścieżki. Ubrania dają nam odporność na zimno. Jedzonko natomiast może nas leczyć i ogrzewać. Leczenie odbywa się też przez sen, ale ogólnie rzadko jest to potrzebne. Przeciwników łatwo unikać.

Miła odmiana od biegania po śniegu

Podsumowanie i ocena

Grafika

Muzyka

Rozgrywka

Fabuła

Stan techniczny

Winter Burrow to gra ładna i przyjemna. Nie jest zbyt trudna. Eksploracja jest ciekawa. Trochę dziwne jest to stosowanie tych zaimków. Żaba to jednak dla mnie ona, a przyzwyczajenia ciężko zmieniać. Szczególnie na chwilę, bo gra nie jest długa. Największym minusem jest jednak ilość chodzenia. Sprint odkryłem dosyć późno, ale i tak jest tu bardzo dużo kręcenia się po mapie. Przy ograniczonym ekwipunku, jedzeniu i cieple staje się to trochę męczące. Ale nie jest źle. Miła gra.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *