Ciąg dalszy moich zmagań z serią Halo. Tym razem część numer 5. Kolejne recenzje rozciągnęły się w czasie, ale tak naprawdę wszystko to przechodzę w ciągu miesiąca. Kończy się Gamepass i raczej nie planuje odnawiać.
W końcu uwolniłem się też od Master Chief Collection. Wiążę się to z trochę innym rodzajem łączenia się w przypadku coopa, z którym już na starcie mieliśmy lekki kłopot. Ale zmian jest więcej.

Gra wygląda świetnie
Nowe i znane twarze
Pierwszą z nich jest zespół, w którym działamy. Od teraz gracze nie wcielają się w tę samą postać, ale każdy dostaje swojego Spartanina. Różnią się oni bronią, z którą zaczynają oraz drobnymi modyfikatorami postaci. Każda postać ma też swoją historię. Co misję możemy grać kim innym wybranym z oddziałów. A oddziałów jest też dwa. Oddział Master Chiefa, który jak zwykle robi, co chce i drugi, który ma go zatrzymać. Ciekawa konstrukcja rozgrywki, chociaż grając dwoma stronami, trudno wczuć się w którąś ze stron. Historia skupia się na tajemniczym powrocie Cortany. Dużo więcej zdradzić nie mogę.

Bot się przydaje, gdy koledzy zajęci są strzelaniem
Czym się przeładowuje
No właśnie czym? Sterowanie na padzie się zmieniło. Po tylu częściach jest to trochę problematyczne, chociaż znajomy grający w dużo strzelanek na padzie chwali sobie ten zabieg. Podobnie cios wręcz zmienił domyślne położenie. Na szczęście nie używałem go zbyt często, ponieważ zwiększyliśmy poziom trudności. Warto dlatego też wspomnieć o tym, że przeciwnicy nie zawsze nas zabijają, a czasami inny członek oddziału może nas podnieść. To nowość, ale nie wiem, czy jakoś bardzo wyczekiwana. Mamy też booster w plecaku, który nie przyśpiesza nas jakoś bardzo, ale z jego pomocą możemy tworzyć przejścia w uszkodzonych częściach ścian.

Nie wiem, po co jest ta misja
Fala za falą
To o czym chciałem też wspomnieć to długość gry. Jest zaskakująco długa. Albo tak mi się wydało, ponieważ cały czas walczymy z tymi samymi oddziałami. Nowi przeciwnicy zaprezentowani w części czwartej stanowią odskocznie, ale gra zasypuje nas falami oddziałów wroga pojawiającymi się znikąd. Standardem jest czasami ostrzał od tyłu. Podobało mi się granie snajperem, ale musiałem się pogodzić z tym, że od czasu do czasu coś mnie zabije znikąd. Jednak najgorzej było z bossami. Jeden przeciwnik pojawia się non stop, a na koniec walczymy z wieloma jego postaciami. No litości. Nikt nie miał pomysłu na bossa? Przez całą grę skalę epickości wywala do niedorzeczności. Od pewnego momentu przez to gra staje się żartem. I ten gówniany finał. JPRDL.

Dwie snajperki bez amunicji to ból w serduszku
Podsumowanie i ocena
Grafika

Muzyka

Rozgrywka

Fabuła

Stan techniczny


A co tam dam 1/5. Dlaczego? Koledzy MC są wzięci znikąd. Sam MC to kretyn, którego bym rozstrzelał. Fabuła to syf, a twórcy cierpieli na gigantomani. Więcej wszystkiego. Szkoda, że nie różnorodności. O ile sama rozgrywka się nie zmieniła, to inne rzeczy przeszkadzają w czerpaniu z niej przyjemności. Jak ktoś już przechodzi całą serię, to można ją przejść, ale niczego nie wnosi w fabule. Krok wstecz jak w Battlefield 4.

